OrcQuest: the card game – recenzja

Orkowie dosyć często występują we wszelkiego rodzaju grach. Jednakże, gier w których występują oni w roli głównej jest jak na lekarstwo. Jeszcze mniej jest natomiast tych tytułów, które dobrze oddają tę tematykę. To wszystko zmieni się za sprawą wydawnictwa MAZE Games, które wzięło na warsztat legendarnego HeroQuesta, wyrzucając z niego stereotypowych osiłków w lśniących zbrojach, w ich miejsce umieszczając w roli bohaterów zielonoskórych Orków. Co im z tego wyszło? Przede wszystkim szybka i zabawna gra karciana, w której przemoc i brudne sztuczki są kluczem do zwycięstwa!

Na przestrzeni lat raptem kilku grom udało się oddać wiernie tematykę odgrywania roli tych zielonoskórych fantastycznych bestii, jakimi są orki. Do chwalebnych przykładów na pewno należą Chaos Marauders od Fantasy Flight Games oraz Gertchiny, które w Polsce wydało wydawnictwo Black Monk Games. Francuskie wydawnictwo MAZE Games postanowiło dołożyć do tego zestawienia swoje trzy grosze za sprawą OrcQuest – serii gier, które parodiują legendarną grę HeroQuest (a może czerpią z niego inspirację, jednocześnie oddając hołd tej legendarnej grze przygodowej?). Dotychczas wydawca ten wypuścił opisywaną tu grę karcianą OrcQuest: The Card Game autorstwa Yoanna Bugny i Thomasa Maufroida. Opracowywana jest także jej kontynuacja w postaci figurkowej gry przygodowej z gatunku dungeon crawlerów – OrcQuest: Warpath, którą mam nadzieję, będzie mi dane recenzować na łamach niniejszego bloga po jej premierze w 2019 roku. Oba tytuły powstały w oparciu o finansowanie na platformie Kickstarter.

 

O czym jest OrcQuest?

Gracze wcielają się w członków watahy orków, którzy próbują zebrać jak najwięcej złota, aby pokazać rywalom, że są od nich lepsi (nie ma to jak orkowa duma 😉 ). Każdy z uczestników zabawy otrzymuje kilka kart na start oraz kartę postaci wraz z żetonami zdrowia w liczbie odpowiadającej przedstawionej na niej wartości. Każda postać poza ilustracją i unikalnym imieniem posiada także specjalną zdolność, którą może wykorzystać raz na grę. Sama rozgrywka toczy się na przestrzeni kilkunastu rund, w trakcie których uczestnicy zabawy będą kolejno próbowali pokonać wyzwanie z głównej talii na środku stołu. Alternatywnie, mogą zagrać własne wyzwanie z ręki, rozprawiając się z nim sami albo zmusić do tego jednego z rywali, podczas gdy oni sami odbiorą nagrodę jeśli rywal poradzi sobie z zadaniem. Zagrywaną z ręki kartą może być bójka, pułapka, próba złapania kogoś lub czegoś albo najzwyczajniej w świecie – tzw. tani chwyt! Aktywny gracz musi spróbować ukończyć warunki wyzwania używając kart z ręki lub za pomocą kości. Jeśli mu się powiedzie, otrzyma nagrodę wskazaną na karcie wyzwania. W przypadku niepowodzenia utraci część posiadanego złota, punkty zdrowia lub karty z ręki. Na koniec rozgrywki ten z graczy, który posiądzie największą ilość trofeów za pokonane wyzwania (czyt. złota) zostanie okrzyknięty zwycięzcą.

 

Wykonanie

Gra mieści się w niewielkim kwadratowym pudełku, którego rozmiar jest niemal identyczny jak w grach Battle for Rokugan czy DiceWar: Light of Dragons, które w poprzednich miesiącach opisywałem na blogu (moje recenzje tych gier znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ). Tytuł gry jak i logo na rewersie pudełka pokryte są błyszczącą folią, która wyróżnia je na tle ogólnie matowej powierzchni reszty opakowania. Elementem, który momentalnie przykuwa naszą uwagę jest jednak ilustracja na okładce, parodiująca scenę znaną z okładki gry HeroQuest, lecz w tym wypadku zamiast umięśnionego, przypominającego Conana bohatera w roli głównej przedstawia tytułowych orków.

Przyznam, że miałem nie lada ubaw, gdy po raz pierwszy zobaczyłem ten obraz. Świetnie nawiązuje on do oryginału, jednocześnie nadając ton temu, czego będzie można spodziewać się po samej rozgrywce. Z informacji na pudełku dowiemy się także, że tytuł ten jest przeznaczony dla 2 – 6 graczy w wieku od 14 lat wzwyż, a sam czas gry nie powinien wynieść więcej niż 20 minut, co jest jak najbardziej zgodne z prawdą.

 

Wewnątrz pudełka znajdziemy 92 karty posiadające porowatą powierzchnię, która ułatwia tasowanie. Jest też 76 tekturowych żetonów do oznaczania poziomu zdrowia, znacznik pierwszego gracza i 6 ośmiościennych kostek. Komplet dopełnia wydana na błyszczącym kredowym papierze instrukcja. Komponenty cechują bardzo ładne grafiki oraz dobra jakość wykonania, która nie ustępuje niczym produktom nawet największych wydawnictw. Karty posiadają czarne obwódki i są stosownej grubości, dzięki czemu gra powinna wytrzymać wiele rozgrywek nawet bez używania koszulek na karty.

Niewątpliwą gratką dla kolekcjonerów będzie dołączony do gry dwustronny plakat, który znajdziemy wewnątrz pudełka. Po jednej stronie przedstawia pełną, panoramiczną wersję ilustracji z okładki pudełka. Z drugiej z kolei przedstawia postaci orków i goblinów, w których gracze wcielą się w trakcie rozgrywki, ustawionych w szeregu niczym do zdjęcia pamiątkowego. Plakat wydrukowano na grubym papierze i pokryto połyskującym lakierem przez co będzie on ładną ozdobą pokoju do gier każdego szanującego się gracza 😉

 

Bohater w lśniącej zbroi? Grillowany w sosie własnym smakuje najlepiej!

Każdy gracz rozpoczyna swoją turę od dobrania karty z talii. Następnie musi zagrać jedną kartę z ręki lub podjąć się wyzwania leżącego na środku stołu. Teoretycznie można też spasować po dobraniu karty, ale nikt nie lubi tchórzy, więc takie zachowanie spotka się z otrzymaniem łomotu od pozostałych orków i utratą punktu życia. Decydując się na zagranie karty z ręki lub stawienie czoła wyzwaniu na stole warto wiedzieć, że w grze wyróżniamy cztery typy kart:

  • Wyzwania – karty stanowiące trzon rozgrywki. Pośród nich wyróżniamy: bójki (brawls), pułapki (traps) oraz próby pochwycenia (capture).

  • Skarby – na te każdy ork lubi natrafiać. Wystarczy zagrać je z ręki, aby dodać je do swojej puli zdobyczy.

  • Magiczne przedmioty – Choć orkowie preferują zimną stal, od czasu do czasu w ich łapska wpadnie jakieś świecidełko, które po potarciu w odpowiedni sposób okaże się być magiczną bronią. Wtedy zabawa nabiera kolorów magii, a na mordkę orka wstępuje szelmowski uśmiech, obnażający nierówny rządek pożółkłych zębów.

  • Tanie chwyty – taaaa…. Każdy ork ma w zanadrzu kilka ciętych ripost albo sztuczek za pomocą których podłoży rywalom kłodę pod nogi albo znajdzie jakiegoś naiwniaka, którego da się namówić, aby poszedł zamiast niego powalczyć ze strażą w obozowisku tych plugawych Ludzi. Karty tanich chwytów można zagrywać w dowolnej ilości zarówno we własnej turze jak i turach rywali. Umiejętne ich wykorzystanie często będzie stanowić różnicę pomiędzy być albo nie być w grze.

Jak już wspomniałem, trzon rozgrywki stanowi pokonywanie wyzwań. Niezależnie od tego czy podejmiemy się wyzwania głównego ze środka stołu, czy zagramy własne z ręki, wszystkie mają jeden wspólny element – ciężar wyzwania określa ilustracja w dolnej części karty, z której dowiemy się ile sukcesów i na jakich kościach musimy wyrzucić, aby dane wyzwanie pokonać.

Nasz rzut kostką określa wynik wyzwania. Jeśli uda nam się wyrzucić wymaganą liczbę symboli sukcesu, otrzymamy nagrodę wskazaną w prawym dolnym rogu karty. W przypadku przegranej czeka nas kara umieszczona w dolnym lewym rogu karty wyzwania. Poza symbolami sukcesów na kościach znajdziemy też symbole przerzutu kości opatrzone dodatnim lub ujemnym symbolem. W zależności od wyrzuconego symbolu, przerzutu dokonamy łatwiejszym („+”) lub trudniejszym rodzajem kości  („-„). Dla przykładu, przy wyrzuceniu przerzutu na kości żółtej, łatwiejszym typem będą kostki zielone, a trudniejszym czerwone. Każdy z tych rodzajów będzie zawierać odpowiednio mniej lub więcej symboli sukcesu. Po zakończeniu tury gracz dobiera tyle kart, aby mieć ich na ręce siedem sztuk, choć elementem blefu dopuszczalnym w grze jest możliwość posiadania ich większej liczby, jeśli nie przyznamy się do tego innym graczom. Należy więc zawsze pilnować rywali, aby ci nie kryli na ręce więcej karty niż jest to dozwolone. Ach.. ci orkowie…

 

Gracze wykonują swoje tury zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara tak długo, dopóki w talii do dobierania znajdują się karty. Z chwilą, gdy zabraknie ich na stosie do dobierania, rozgrywa się ostatnią, specjalną rundę. W jej trakcie każdy z graczy ma możliwość zagrania jednej karty na której znajduje się symbol dzwonu, który przypomina nam iż jest to ostatni dzwonek na zdobycie punktów (tym samym, kart z tym symbolem nie możemy zagrywać poza ostatnią rundą).  

Gdy wszyscy gracze rozprawią się już ze swoim ostatnim wyzwaniem, pozostaje tylko podliczyć wynik końcowy – sumę punktów z kart znajdujących się w puli zdobyczy każdego gracza. Ten z uczestników zabawy, który zebrał największą liczbę punktów zostaje zwycięzcą. Jako, że orkowie nie cierpią remisów, w przypadku, w którym dwóch lub więcej graczy remisuje, zwycięstwo przechodzi do następnej osoby, która uzyskała kolejny najwyższy wynik (przez co remisujący gracze efektywnie przegrywają – cóż… Orkowie są bezkompromisowi!).

 

Kawał Waaagh! gry

OrcQuest jest dosyć prostą grą karcianą, w której założenia rozgrywki sprowadzają się w głównej mierze do zagrywania kart i rzucania kośćmi. Choć trąci to odrobinę monotonią, ta zostaje przełamana nietuzinkowym, przepełnionym ironią slapstickowym poczuciem humoru, które przywodzi na myśl gry z serii Munchkin. Choć to powiedziawszy, Munchkin to nie do końca moja broszka, przy OrcQuest bawiłem się całkiem dobrze, a obecny w grze humor jest dobrze wyważony i nie jest wrzucony na siłę ani zbyt chamski, pomimo natury rozgrywki. Jedynym miejscem w którym czar delikatnie pryska jest instrukcja, której treść sprawia wrażenie, jakby była tłumaczona tanim oprogramowaniem do translacji. Żart w niej zawarty średnio bowiem przekłada się z języka francuskiego na angielski.

Wracając do rozgrywki, pokonywanie wyzwań za pomocą rzutów kośćmi potrafi być na swój sposób emocjonujące, gdyż wiąże się z elementem szczęścia. Pojawiające się ciągle na kościach symbole przerzutów sprawiają, że czasem rzucamy kostkami w różnych kolorach w tę i we w tę, co tylko podnosi ciśnienie i wywołuje prawdziwe emocje u graczy, którzy często kibicują rzucającemu graczowi w trakcie jego próby. Niemniej jednak OrcQuest to jednak gra o orkach, a ci bardziej od kibicowania wolą upajać się porażką rywala, w szczególności jeśli w międzyczasie uda im się podebrać jego łupy dla siebie! I tu właśnie pojawia się aspekt tej gry, który wyróżnia ją spośród tłumu. Gracze mogą wchodzić ze sobą w interakcję za sprawą kart magicznych przedmiotów oraz tanich chwytów, które zagrywają na siebie nawzajem aby jeden drugiemu podkładać kłody pod nogi (o przysłowiowej świni nie wspomnę, bo tę orki preferują zjeść i na pewno nie podłożą jej rywalom, pozbawiając się tym samym smacznej kolacji!). Zagrywanie tanich chwytów wprowadza ogromną ilość negatywnej interakcji, przez co gra jest moim zdaniem bardziej wciągająca. Możemy dzięki niej przerwać i udaremnić czyjś plan, co jest o tyle istotne, że do wyzwań w grze poza walką z wrogami należą także pułapki (tych raczej będziemy starali się unikać, wpuszczając w nie swoich rywali za sprawą tanich chwytów) oraz próby pochwycenia (capture). Te ostatnie pozwalają graczom odzyskać nieco punktów życia, ponieważ te mają tendencję szybko ubywać, jeśli słucha się „dobrych kolegów” którzy posyłają nas po drewno, twierdząc że w tamtej jaskini za rogiem wcale nie ma ziejącego ogniem smoka. Można zatem zginąć w trakcie rozgrywki, a gdy do tego dojdzie, nasz doczesny dobytek trafi do podziału pozostałych przy życiu graczy. My z kolei będziemy musieli zacząć od zera z nową postacią, choć efektywnie eliminuje to nas z rywalizacji o zwycięstwo, ponieważ nadgonienie różnicy w punktach rzadko jest możliwe. Na szczęście rozgrywka trwa na tyle krótko, że przedwczesna śmierć nie pozostawia zbyt przykrego posmaku, a na rewanż przyjdzie czas podczas dogrywek, bo wierzcie mi – na jednej partii się nie skończy 😉

 

Werdykt

OrcQuest przypomina mi książkową trylogię „Orkowie” autorstwa Stana Nichollsa. Podobnie jak w książce, głównymi bohaterami są tu zielonoskóre orki, które wyruszają na wyprawę wojenną i w dobrze sobie znanym stylu niszczą, mordują i przede wszystkim łupią co tylko wpadnie im w ręce. Wszystko to natomiast utrzymane jest w konwencji lekkiej turlanki połączonej z silnym elementem negatywnej interakcji w stylu take that!

Kolejnym pozytywnym atrybutem jest oprawa wizualna. Gra naprawdę lśni na tej płaszczyźnie, ponieważ grafik, jakie ujrzymy na kartach rzadko można uświadczyć w tego typu produkcjach. Sprawiają wrażenie, jakby były przeznaczone dla o wiele bardziej rozbudowanego tytułu i niewątpliwie tak jest. Jak wspominałem, OrcQuest: The Card Game jest pierwszą grą w serii. Kolejna, OrcQuest: Warpath będzie już w pełni rozbudowanym dungeon crawlerem na miarę oryginalnego HeroQuesta. Niezależnie od tego, czy grafiki z kart zostaną ponownie użyte w kolejnych odsłonach serii, tutaj sprawiają one, że ciężko oderwać od gry wzrok, a ich styl zdecydowanie pogłębia immersję w świat gry.

Różnorodność kart zapewnia grze odpowiednią regrywalność, gwarantując, że za każdym razem na rękach graczy jak i na stole pojawiać się będą inne karty wyzwań. Ponadto, wraz z grą ukazał się szereg dodatków, które zwiększają pulę kart, wzbogacając rozgrywkę o dodatkowe przedmioty, tanie chwyty czy różnorodnych wrogów takich jak mumie, krasnale, elfy czy przerażające gryfy, bazyliszki itp. Dodatek, który wprowadza te ostatnie, zmienia także sposób rozgrywki. Szerzej to opiszę w osobnym artykule traktującym właśnie o dodatkach.

Słowem podsumowania, OrcQuest: The Card Game to w gruncie rzeczy prosta do bólu gra karciana, w której monotonię rozgrywki wynagradzają atrakcyjne dla oka grafiki i masa negatywnej interakcji. Należy też pamiętać, że jest to tak naprawdę fillerek, który będziemy wyciągali na stół nie jako główny punkt wieczoru, ale jako przerywnik pomiędzy innymi, cięższymi tytułami. Przy możliwości zagrania w gronie nawet sześciu osób i czasie rozgrywki w okolicach 20-40 minut (może się różnić w zależności od liczby zintegrowanych z grą dodatków, jeśli takowe zakupimy)  jest to także tytuł, który spisze się bardzo dobrze do niezobowiązujących rozgrywek przy piwie w pubie lub na imprezie. Jeśli więc gustujecie w lekkich grach, które przepełnia negatywna interakcja i slapstickowy humor, OrcQuest to zdecydowanie tytuł, po który powinniście sięgnąć!

 

Przy tworzeniu niniejszej recenzji nie ucierpiał żaden ork ani goblin.

 

PLUSY:

  • Bardzo ładne grafiki na kartach.
  • Duży potencjał do tworzenia łańcuchów akcji z kart.
  • Nietuzinkowy, slapstickowy humor.
  • Proste zasady i niezobowiązujący charakter rozgrywki.
  • Krótki czas rozgrywki, po którym występuje syndrom „kolejnej partii”.

 

MINUSY:

  • Mechanika gry w stylu „A masz!” (take that!) stanowi dominujący element rozgrywki.
  • Odniosłem wrażenie, że umiejętności bohaterów nie są do końca zrównoważone. Jedni mają w trakcie rozgrywki  zdecydowanie łatwiej, podczas gdy u niektórych postaci ich umiejętność wydaje się kompletnie bezużyteczna.
  • Instrukcja, głównie za sprawą słabego tłumaczenia z francuskiego na angielski.

 


Za przekazanie gry do recenzji dziękuję wydawnictwu


Jeśli podoba się Wam ten blog i chcielibyście być na bieżąco albo zerknąć za kulisy powstawania artykułów, zajrzyjcie koniecznie na moje fanpage’e na: