Owce na manowce – recenzja

Gra dla dzieci mają to do siebie, że naprawdę trudno je zaprojektować i jako ojciec czterolatka doceniam te z nich, które spełniają trzy warunki. Po pierwsze są faktycznie grywalne dla maluchów i nie wymagają stałej atencji opiekuna. Wiecie, chodzi o takie gry, które wytłumaczymy trójce dzieciaków, posadzimy je przed planszą, a te bez naszej ingerencji, z lepszym lub gorszym skutkiem, poradzą sobie same. Po drugie cenię gry dla dzieci, które nie są ukrytym chińczykiem – swoistym samograjem, w którym turlamy kostką a nasza decyzja jest sprowadzona do minimum. Czy to dziecko czy dorosły – gra ma choć trochę prowokować do kombinowania by już od najmłodszych lat uczyć, że myślenie popłaca i może być przyjemne. Po trzecie lubię gry dla maluchów, które pozwalają samym rodzicom nieźle się bawić, a nie pełnić jedynie rolę statysty, który siadając przy grze nie ma żadnego wyzwania i wykonuje kolejne ruchy tylko po to by sprawić przyjemność swojej latorośli.

Zawartość pudełka

Jak widzicie połączenie tych trzech elementów nie jest proste. O ile dwa pierwsze pojawiają się w wielu grach edukacyjnych, tak trzeci, dający satysfakcję graczom-rodzicom, zdarza się niezwykle rzadko. Dziś na mój warsztat trafiły “Owce na Manowce” od Trefla i już na wstępnie powiem, że powyższe trzy warunki możemy odhaczyć jako spełnione.

Owce na Manowce mają przyjemną dla oka oprawę, która z pewnością przypadnie do gustu najmłodszym. W pudełku znajdziecie dwa zestawy kart – psów pasterskich i owiec. Wszystkie są naprawdę fajnie narysowane i co najważniejsze czytelne. Niektórzy z moich współgraczy na początku zwrócili uwagę na krzykliwe tła, ale akurat one mają dość dobre uzasadnienie mechaniczne, bo to właśnie dzięki nim odróżnimy pięć gatunków owiec, które będziemy kolekcjonować.

Z dostępnych kart owiec należy ułożyć prostokąt o wymiarze 3 na 5 kart, każdy z graczy wybiera jedną z czterech talii psów i jesteśmy gotowi do gry. Nie odkryję Ameryki i pewnie nikogo nie zaskoczę gdy powiem, że naszym zadaniem będzie zbieranie owiec. Robimy to w prosty sposób. W naszej kolejce musimy zamieniać owce miejscami tak by powstawały linie złożone przynajmniej z trzech owiec o tym samy tle. Tyle zestawów ile uda nam się ułożyć tyle możemy zgarnąć. Następnie nim swój ruch wykona kolejny gracz należy uzupełnić brakujące owce tak by znów powstał prostokąt 3 na 5.

To ile zamian wykonamy zależy od psa, którego wybierzemy. Do naszej dyspozycji otrzymujemy 4 psy, z których każdy pozwala dokonać innej liczby zamian – od 1 do 4. Psy są jednorazowego użytku, więc po zakończeniu ruchu odkładamy na aktualnie użytego psa zebrane owce, tym samym zaznaczając, że nie wykorzystamy go ponownie. Ciekawym zabiegiem jest konieczność wykonania dokładnie takiej liczby zamian owiec jaka jest wskazana na karcie psa – nigdy mniej i nigdy więcej. Zmusza to graczy do rozsądnego planowania i oceny aktualnie wyłożonych owiec. Wiadomo, zawsze lepiej użyć psa, który pozwala na większą liczbę zmian, choć trzeba liczyć się z tym, że później będzie go brakować.

Mimo niemal banalnych zasad, które przywodzą na myśl powszechne na komórkach gry z gatunku “połącz trzy kamyczki”, Owce na Manowce potrafią wciągnąć i już po pierwszej partii zagraliśmy następną i następną… i następną. Nie ukrywam, że jako ojciec czterolatka rozłożyłem tę grę z myślą o dziecku, ale kiedy nasza latorośl poszła spać nie omieszkaliśmy rozegrać kilku gier w gronie 30+. Gra zachęca do masterowania swoich ruchów, zwłaszcza że, o czym nie wspomniałem wcześniej, owce występują w dwóch gatunkach, a każdy ma inną wartość punktową. Mamy zatem białe owieczki warte jeden punkt i czarne warte dwa. Czarne można łączyć we wspomniane rzędy z białymi, bo liczy się tylko kolor tła.

Do pierwszych partii usiadłem z moim czteroletnim synem. Choć na opakowaniu widnieje napis 6+ to Antek nie miał problemów by zrozumieć zasady i już po kilku ruchach umiejętnie zamieniał owieczki. Oczywiście trudno było od niego wymagać by zawsze dostrzegał najlepsze połączenia z możliwych niemniej z niewielką pomocą radził sobie nawet z 4 zamianami w jednym ruchu. Choć dla dorosłych jest to niemal niezauważalne utrudnienie, to dla maluchów wymyślenie 4 następujących po sobie zmian, które pozwolą zabrać jak najwięcej owiec, stanowi realne wyzwanie. Owce na Manowce pozwoliły mi wielokrotnie uśmiechnąć się kiedy Antek wykonał ruch, któremu w myślach tylko przyklasnąłem. Duma planszówkowego rodzica rosła!

To co dla dzieci może okazać się trudnością dorosłym sprawia przyjemność. W grze, biorąc pod uwagę jej kaliber, można pokombinować i choć nigdy nie nazwałbym tej gry wymagającą, to daje ona satysfakcję z dobrze wykonanych ruchów, a przy tym jest niezwykle szybka. Partia w czteroosobowym składzie to góra 20 minut, nawet jeśli zdarzy Wam się ktoś lubiący generować downtime.

Oczywiście znajdą się osoby, które będą narzekać na losowość gry. Przyznaję, takowa występuje. Jedni gracze będą mieć więcej czarnych owiec na swojej planszy, podczas gdy w mojej kolejce będę miał same białe. Innym trafi się od razu kilka łatwych i lukratywnych połączeń, wymagających raptem jednej zamiany, a mnie nie uda się wycisnąć zbyt wiele nawet używając trzech zmian. To wszystko prawda, ale jeśli ktoś uznałoby to za wadę, posądziłabym go o czepialstwo.

Nie należy zapominać, że Owce na Manowce to gra skierowane do młodszego odbiorcy i z tej roli wywiązuje się wyśmienicie. Nazwałbym ją nawet świetną grą rodzinną, gdyż jak pisałem wcześniej pozwala się dobrze bawić również rodzicom, którzy chcą spędzić czas z dziećmi przy planszówce. Nie ważne czy gracie we dwójkę, w trójkę czy w czwórkę, gra sprawdza się w każdym składzie.
Z całego serca polecam!

 


Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy wydawnictwu


Jeśli podoba się Wam ten blog i chcielibyście być na bieżąco albo zerknąć za kulisy powstawania artykułów, zajrzyjcie koniecznie na nasze fanpage’e na: