Gra miesiąca – Czerwiec 2019

Ależ ten czas leci! Moglibyśmy przysiąc, że jeszcze niedawno pisaliśmy zbiorcze podsumowanie maja, a tymczasem przyszła pora aby podsumować czerwiec! A jest o czym pisać, bo u każdego z członków redakcji w tym miesiącu na stole lądowała masa różności. Co każde z nas wybrało jako swój typ na grę miesiąca? Przekonacie się o tym z dalszej lektury. Zapraszamy! 


 

Krzysztof SzarawarskiNemesis

Przyznam, że miałem niemałą zagwozdkę z wyborem gry miesiąca czerwca. W odróżnieniu od poprzednich miesięcy, w czerwcu bowiem udawało mi się zasiadać do gier w miarę systematycznie i właściwie w każdy weekend na naszym stole lądowały tytuły obejmujące całkiem szeroki wachlarz zarówno gatunków jak i ciężaru rozgrywki. Pośród liderów pod względem liczby rozgrywek uplasowały się The Duke: Lord’s Legacy (6), Tsukuyumi: Full Moon Down (4) oraz Nemesis z łączną liczbą trzech rozegranych partii. Warte wspomnienia (a także pieśni przy piwie w tawernie – ale nie zapędzajmy się!) były także dosyć epickie rozgrywki w The Networks, Anachrony, Na Skrzydłach, Bolidy czy Bora Bora – te ostatnie wróciło na stół po prawie 3-letniej przerwie i była to niesłychanie satysfakcjonująca rozgrywka.

Niemniej jednak, jak prawi stare przysłowie nieśmiertelnych – There can be only One. Z tego powodu, a także ponieważ grze Tsukuyumi planuję poświęcić jeszcze kilka wpisów na blogu w nadchodzących tygodniach, laur pierwszeństwa w miesiącu czerwcu przypada grze Nemesis.

Starsi czytelnicy, pamiętający początki mojego bloga zapewne zachodzą teraz do głowy, co się stało, że chwalę grę Adama Kwapińskiego, zważywszy jak z jak chłodnym odbiorem spotkała się w moim wypadku jego poprzednia produkcja – Lords of Hellas (a tych, co nie pamiętają odsyłam do tekstu recenzji, który znajdziecie TUTAJ). Faktycznie, w przypadku LoH moją największą bolączką były podobieństwa do klasycznej gry Ryzyko, które sprawiły, że postrzegałem tamten tytuł jako jego odświeżoną wersję z dodatkiem ładnych figurek i szczyptą paru elementów rozgrywki dla urozmaicenia. W nowej grze pana Adama również można dopatrzeć się kilku zapożyczeń – tym razem jednak tematycznych, aniżeli mechanicznych. Sęk w tym, że tym razem podchodzę do nich o wiele bardziej hurra-optymistycznie, a sam tytuł przypadł mi do gustu o wiele bardziej niż hellasi.

Jedna z najnowszych produkcji Awaken Realms, gra Nemesis jest bowiem przedstawicielką gier przygodowych z tzw. nurtu dudes on the map. W rzeczywistości, jest to ociekający klimatem survival horror, a historia w nim opowiadana mniej lub bardziej wzoruje się na fabule filmu Obcy, 8. Pasażer Nostromo z domieszką elementów z filmu Coś Johna Carpentera. Mamy oto grupę załogantów tytułowego statku Nemesis, którzy na początku rozgrywki budzą się z hibernacji i cierpią na związaną z nią częściową amnezję. Szybko jednak zauważają potwornie okaleczone szczątki jednego z pozostałych członków załogi, a z rozbrzmiewającego na całym statku alarmu można wywnioskować, że szykuje się coś niedobrego. I tym oto prostym sposobem gracze, jako członkowie załogi, zostają wrzuceni w sam środek wydarzeń i muszą rozwikłać zagadkę tego, co czai się w ciemnych korytarzach statku. Muszą także spełnić wymogi misji – różnych w zależności od trybu rozgrywki, aby zapewnić sobie zwycięstwo. Tutaj bowiem Nemesis przypomina odrobinę Martwą Zimę, gdzie każdy z graczy ma swój prywatny cel, który musi zrealizować aby wygrać, a najczęściej będą to wytyczne wymagające od nas zabicia konkretnych członków załogi lub pozyskania próbek obcych organizmów i wystrzelenia się wraz z nimi w kierunku Ziemi, podczas gdy resztę statku i jego załogi…. No sami wiecie jak to dalej leci. Jeśli jednak wzajemne skakanie sobie do gardeł jest Wam nie w smak, zwłaszcza w obliczu czyhającego niebezpieczeństwa ze strony kosmitów, którzy opanowali statek, można zagrać w trybie pełnej kooperacji, a także rozegrać szereg gier-misji powiązanych we wspólną kampanię z wykorzystaniem komiksu dołączonego do Kickstarterowej wersji gry.

Dotychczas udało mi się rozegrać trzy partie. Dwie w trybie semi-kooperacji, które przegraliśmy na rzecz obcych, a także jedną w trybie pełnej kooperacji, w której (choć i tak nie było łatwo) udało nam się odnieść zwycięstwo. Do pełnej recenzji jeszcze daleko, ale po tych trzech rozgrywkach jestem raczej pozytywnie nastawiony do gry. W trakcie rozgrywki poruszamy się po statku, odkrywając coraz to nowsze pomieszczenia i wchodzimy z nimi w interakcję. Nigdy jednak nie wiemy, czy zza rogu nie wychyli się jakaś kosmiczna poczwara, albo czy któryś z kolegów nie postanowi wyrzucić nas przez śluzę w przestrzeń kosmiczną, bo akurat tak nakazuje mu jego tajna karta celu. To, co w Nemezisie spodobało mi się najbardziej to połączenie poczucia izolacji i znajdowania się w opłakanej sytuacji z brakiem zaufania względem współgraczy, którzy mogą się okazać zdrajcami, albo co gorsza – zarażeni przez obcych, przez co w każdej chwili mogą przeistoczyć się w jednego z krwiożerczych kosmitów, a to z kolei kojarzy mi się z filmem Coś gdzie podobne zdarzenia miały miejsce.

Nie ma się co oszukiwać – Nemesis jest grą ameritrashową, a w takowej najważniejszym czynnikiem jest klimat. Tego najnowszej grze Adama Kwapińskiego nie można zaprzeczyć – ocieka nim bowiem całymi hektolitrami, czerpiąc inspirację z wielu dobrych źródeł. Dzięki kilku trybom rozgrywki, zróżnicowanym umiejętnościom postaci oraz licznym planowanym dodatkom, które w ciągu najbliższych miesięcy będą sukcesywnie trafiać na półki sklepowe Nemesis zapewni graczom długie godziny rozrywki i niemal nieskończoną regrywalność. Pytanie tylko, czy ktoś w kosmosie usłyszy krzyk… dobrze bawiących się graczy?

Więcej zdjęć z rozgrywek znajdziecie na naszym profilu Instagram —> TUTAJ <—

 


 

Sylwia Smolińska – Kroniki Zbrodni: Noir

W tym miesiącu chciałabym wam przedstawić wyjątkowy dodatek od FoxGames, który podbił serca planszówkowych detektywów w Polsce. „Noir” – bo o nim mowa – przenosi rozgrywkę znaną z dotychczasowej wersji podstawowej gry na zupełnie nowy poziom. W dalszym ciągu detektywi wspólnie kooperują w celu rozwiązania kryminalnej sprawy, jednak tym razem nie jesteśmy anonimowymi śledczymi, lecz wcielamy się w postać Sama Spadera – prywatnego detektywa. Mało tego, przenosimy się do Los Angeles, ponieważ tam toczy się cała akcja. Zapomnijcie o pomocy analityków, patologów czy też informatyków, gdyż w latach po II wojnie światowej nie znano tego typu zawodów. Pomocą posłużą wam dziennikarze, koronerzy lub sekretarki przyjmujący postać różnych osób w zależności od wybranego scenariusza, problem tkwi w tym, że możecie skontaktować się z nimi tylko ze swojego biura. Chyba nie muszę przypominać o braku telefonów komórkowych w tamtych czasach, prawda? Całkowitą nowość stanowią karty akcji wprowadzające do tytułu nową mechanikę. Od teraz możemy zapomnieć o zwykłym przemieszczaniu się z miejsca na miejsce i przesłuchiwaniu świadków. Dzięki „Noir” przetestujemy swoją siłę perswazji zastraszając podejrzanych i grożąc im swoją siłą fizyczną, dzięki przekupstwu skłonimy prawych obywateli miasta do zeznań, jeśli któryś z podejrzanych wzbudzi naszą podejrzliwość możemy go śledzić, a na koniec włamać się do budynku, kiedy główne wejście będzie zamknięte. Należy pamiętać o tym, że wszystko ma swoją cenę i zagranie owych kart w niewłaściwym momencie może być katastrofalne w skutkach. Ale kto nie ryzykuje… Tytuł przesiąknięty jest klimatem i zauważymy to już na samym początku podczas rozkładania gry, ponieważ ilustracje nawiązują do czasów po II wojnie światowej oraz przedstawiają znane osobistości tego okresu, między innymi aktorów i aktorki a także znanych reżyserów jak Alfred Hitchcock, którzy w grze wcielą się w zupełnie inne role. Innym elementem wpływającym na klimat jest możliwość „wpływania” na inne postaci w grze i nie chodzi mi tutaj o wcześniej wspomniane karty akcji. Od naszych decyzji będzie zależało, czy ktoś stanie po naszej stronie, czy się nam przeciwstawi. Jeśli zagwarantujemy komuś ochronę może „sypnie” nam kilka znaczących faktów na temat chociażby mordercy. A co się stanie, gdy akurat wejdziemy w posiadanie przedmiotu bardzo przez kogoś pożądanego i z „dobrej woli” zechcemy go oddać? To już musicie sprawdzić sami, gwarantuję, że warto!


 

Katarzyna SatławaNa Skrzydłach

W czerwcu w końcu miałam okazję zagrać w grę „Na skrzydłach”. Było o niej głośno zarówno przed jak i po premierze, więc pewnie większość graczy już o niej słyszała. Mimo że widziałam jej prezentację na kilku konwentach, nie dane mi było zapoznać się z tym tytułem wcześniej. Docierały do mnie bardzo pozytywne opinie, ale wiadomo – lepiej sprawdzić samemu.

Dwa ogromne atuty gry, które jako pierwsze rzuciły mi się w oczy, nie są w ogóle związane z rozgrywką. Piękne wykonanie to coś, o czym wiele gier może tylko pomarzyć. Urzekające grafiki, zrozumiałe symbole, tematycznie dopasowana wieża do kości i jajka, które naprawdę tworzą klimat. Drugim spostrzeżeniem były zawarte w grze walory edukacyjne. Możemy zapoznać się ze 170 gatunkami ptaków, dowiedzieć się na jakim terenie i jakiego rodzaju wiją gniazda, gdzie występują, jaką mają rozpiętość skrzydeł oraz poznać ich łacińskie nazwy. Zdobywanie wiedzy podczas grania ma dla mnie duże znaczenie, więc taka dawka informacji pozytywnie mnie zaskoczyła. Nawet osoby niezbyt zainteresowane ornitologią znajdą na kartach ciekawostki, które zapamiętają na dłużej.

Skoro otoczka gry tak bardzo przyciąga uwagę, to czy przykrywa mechanikę? Otóż nie. Tu także jest bardzo przyjemnie. Gracze zarządzają kartami na ręce i wykładają kolejne gatunki na swojej planszetce, czyli w rezerwacie. To w nim będziemy się starali umieszczać konkretne ptaki, które podczas gry zapewnią nam pożywienie, złożą jaja lub pozwolą dociągnąć kolejne karty, a na koniec zapewnią bonusowe punkty. Cele końcowe również zostały ciekawie dobrane. Można np. zostać fotografem, czyli umieścić w swoim rezerwacie daną liczbę ptaków z kolorami w nazwie (np. pelikan brunatny, rybaczek popielaty). Na każdej karcie bonusowej znajduje się informacja o procentowej zawartości gatunków w talii, które spełniają wymagane kryteria. Dzięki temu możemy oszacować czy uda nam się osiągnąć cel czy też nie. Cała rozgrywka przebiega bardzo płynnie, a zasady zapamiętuje się już po pierwszej turze.

Gra „Na skrzydłach” zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Nie jest to ciężki tytuł, ale też nie banalny. Znajdzie się trochę losowości, ale nie była ona dla mnie uciążliwa. Zastosowano także ciekawy twist – zamiast mieć coraz więcej akcji wraz z rozwojem rozgrywki, mamy ich coraz mniej. Jednak jeśli umiejętnie dobierzemy gatunki ptaków, uruchamiając jedną akcję wywołamy lawinę kolejnych. W ten sposób możemy zbudować silniczek, więc zmniejszająca się ilość akcji jest tylko pozorna.

Chociaż tłum nie zawsze ma rację, warto dać szansę tytułom, które skradły serca graczy. Świadczą o tym braki na sklepowych półkach i w magazynach. Na szczęście dodruk się zbliża, więc wypróbujcie „Na skrzydłach”, bo warto.

 


 

Paweł Imperowicz – Najazd Turystów

Czerwiec zafundował nam niebagatelny wzrost temperatur i chyba nikt nie zaprzeczy, że łatwo było się roztopić niż znaleźć w sobie chęci na granie w ciężkie euraski. Dlatego też w tym miesiącu postawiłem na lekkie gry, które nie wymagały kilkunastu minut tłumaczenia zasad, a sam mózg nie musiał przy nich parować. Wyróżniła się jedna, która od dobrych kilku miesięcy kurzyła się na mojej półce, a chodzi o Najazd Turystów. Mimo, że instrukcja to zaledwie kilka akapitów, dość długo nie mogłem się do niej zabrać. Tym bardziej jest mi wstyd, gdyż ta prosta gra autorstwa Reinera Knizia, kiedy już wylądowała na naszym stole nie chciała z niego zejść.

Koncept jest niezwykle prosty. Naszą planszę stanowią kurorty wypoczynkowe takie jak domki w standardzie od jednej do pięciu gwiazdek i hotele w pięciu kolorach. My dostajemy na rękę osiem kart turystów i musimy zagrać jednego (wysłać do domku lub hotelu), by znów uzupełnić rękę do ośmiu. Każdy turysta ma określony kolor i liczbę gwiazdek. Kolor decyduje do jakiego hotelu można go przydzielić, a liczba gwiazdek stanowi o standardzie preferowanego przez niego domku. Jak łatwo zauważyć każdy turysta może zostać umieszczony w jednym z dwóch miejsc. Na koniec gry, gracz, który zgromadził najwięcej turystów przy danym domku/hotelu zgarnia go i uzyskuje za niego punkty. Kto ma najwięcej punktów wygrywa.

Zasady z początku brzmiały dla mnie prostacko. Postanowiłem się jednak nie uprzedzać, wszak Dr. Knizia nie tworzy gier prostackich. Nie myliłem się. Jest nieźle i szybko. O ile gra dla dwóch osób przypomina nieco przepychankę w stylu Shotten Totten tak partia, w której bierze udział większa liczba graczy to pojedynek na blef z sympatyczną domieszką kombinowania. Ilość kart w talii jest określona, a my musimy uważnie śledzić, jak kształtuje się układ “sił” w poszczególnych domkach i hotelach. Gra płynie błyskawicznie i dostarcza sporo emocji. Przyznam, że przed pierwszą rozgrywką obawiałem się nadmiernej losowości wynikającej z dociągu kart, jednak mechanizm okazał się świetnie przetestowany i to obrana taktyka (zarówno przez nas jak i rywali) okazuje się grać pierwsze skrzypce, a nie “pechowo” wpadające karty.
Polecam nie tylko na upały – choć teraz gra prezentuje się nad wyraz klimatycznie 🙂

 

A jakie gry królowały na Waszych stołach? Koniecznie dajcie nam znać w komentarzu poniżej! 😉

 

 


Jeśli podoba się Wam ten blog i chcielibyście być na bieżąco albo zerknąć za kulisy powstawania artykułów, zajrzyjcie koniecznie na moje fanpage’e na: