Planszówki w Spodku – relacja z imprezy

W dniach 22-23 września miało w Polsce miejsce prawdziwe planszówkowe zatrzęsienie! Odbyły się bowiem nie dwie, ani nawet nie trzy, ale aż cztery duże imprezy poświęcone grom planszowym! Na północy, w Koszalinie można było zagrać podczas Planszówek nad Morzem. W centralnej części kraju grano w gry podczas Planszostrady – V Kępińskiego Festiwalu Gier Planszowych w Kępnie oraz na Łódzkim Porcie Gier w Łodzi. Na południu z kolei, w Katowicach odbyła się impreza Planszówki w Spodku, która pomimo swego debiutu stała się najliczniej odwiedzoną w tym roku imprezą planszówkową w południowej części kraju! Ile dokładnie osób odwiedziło katowicki Spodek by zagrać wspólnie w planszówki? O tym dowiecie się z dalszej części artykułu!

Patrząc wstecz na relacje z pozostałych imprez człowiek żałuje, że nie może być w dwóch (lub w tym wypadku aż czterech) miejscach naraz. Każda z wymienionych imprez cieszyła się bowiem dużym zainteresowaniem ze strony grających jak i samych wydawców. Trzeba było jednak podjąć tę trudną decyzję o tym, na które z planowanych wydarzeń się wybrać. Wybór padł więc na katowicki Spodek, po części ze względu na fakt, że znajduje się on w bliskiej odległości, a zatem można bez problemu zabrać ze sobą dzieci. Z drugiej jednak strony przeważyła sama ciekawość, gdyż jest to impreza, którą zapowiedziano zaledwie miesiąc temu i ni stąd, ni zowąd Katowice doczekały się własnego konwentu planszówkowego i to jeszcze w nie byle jakiej, kosmicznej lokacji położonej w samym centrum miasta! Dlaczego kosmicznej? Ponieważ hala Spodek przypomina kształtem – z resztą nie bez powodu – pojazd kosmiczny, a na dodatek jest delikatnie przechylona w jedną stronę co sugeruje, iż jest to obiekt kosmicznego pochodzenia, który rozbił się w centrum miasta. Żeby było ciekawiej, jeszcze kilka lat temu Katowice miały swój nieoficjalny hejnał, który w godzinach wieczornych odtwarzany był z głośników właśnie tej hali. Nie sposób sobie wymarzyć lepszej melodii, bowiem hejnałem był słynny sygnał obcych z filmu Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia, odtwarzany przy akompaniamencie pokazu świetlnego. Sami popatrzcie:

 

Czy możecie sobie wyobrazić bardziej odjechaną lokację do grania w planszówki? 😊

 

Armia uczynnych ludzi

Organizacja imprezy była tytanicznym wyczynem. Choć przygotowania i planowanie rozpoczęto zapewne o wiele wcześniej, od oficjalnego ogłoszenia do startu imprezy minęły nieco ponad cztery tygodnie. W tym czasie udało się spiąć bardzo wiele spraw, od najmu obiektu, zaproszenia wystawców i autorów po samo przygotowanie przestrzeni wystawowej, czyli ustawienie stolików i krzeseł dla graczy, przygotowanie stołów wystawowych i stanowisk do prezentacji gier. Na szczęście, inicjator imprezy, właściciel katowickiej kawiarni Ludiversum, Łukasz Piechaczek mógł liczyć na pomoc tabunu wolontariuszy, przyjaciół i współpracowników, którzy już w piątek przybyli na miejsce by wszystko przygotować, a w niedzielny wieczór, po zakończeniu imprezy, pomimo bardzo intensywnie spędzonych dwóch dni konwentu, pomogli w sprzątaniu i składaniu stołów. Była to ogromna praca zespołowa i wszystkim razem jak i każdemu z osobna należą się gromkie brawa za trud włożony w przygotowanie całego wydarzenia!

 

Miejsce, ludzie, atrakcje

Na imprezę dotarłem pierwszego dnia w okolicach południa. Już na starcie powitały mnie uśmiechnięte twarze dziewczyn na stanowisku akredytacji – pierwszy zwiastun miłej atmosfery jaka miała mi towarzyszyć przez następne dwa dni. Po wpisaniu się na listę uczestników opłaciłem wstęp za całą rodzinę, co kosztowało mnie zaledwie 20zł (można także było zakupić bilety indywidualne w cenie 10zł). To niewielki koszt jak na imprezę w takim obiekcie, a w cenie otrzymaliśmy ładne, zielone opaski na rękę, dzięki którym mogliśmy dowolną liczbę razy opuszczać i wracać na teren imprezy. Z opłatą wstępną wiązała się też możliwość wypożyczania gier bez dodatkowych opłat z ogromnej, zawierającej blisko 500 tytułów wypożyczalni gier. Cena bardzo przystępna, jeśli pomyśli się o tym ile normalnie kosztowałoby zapewnienie rozrywki całej rodzinie przez dwa dni w trakcie weekendu. W dodatku nie byłem jedyną osobą, która tak pomyślała, ponieważ z oficjalnych statystyk ogłoszonych przez organizatora, imprezę odwiedziła rekordowa liczba uczestników, bo aż 2305 indywidualnych osób, z czego aż 12% stanowiły dzieci!

Sama impreza odbyła się nie na głównej hali, lecz w antresoli Spodka. Na jej długim, opasającym halę Spodka korytarzu rozstawione były liczne stoliki i stoiska wystawców. Miejsca było pod dostatkiem, choć w niedzielę pojawiło się zdecydowanie więcej osób i w godzinach szczytu dało się zauważyć gdzieniegdzie osoby grające np. w rozłożoną na ziemi Agricolę. Były to jednak pojedyncze przypadki, a ogólna rotacja graczy sprawiała, że nie trzeba było zbyt długo szukać wolnego stolika.

 

Wypożyczalnia

Wspomniana wyżej wypożyczalnia cieszyła się ogromnym zainteresowaniem ze strony odwiedzających. Przyglądając się uginającym się od gier półkom zauważyłem całe miriady wszelakiej maści gier: nowości wydawniczych, sprawdzonych klasyków i wszystkiego pomiędzy. Było coś dla dzieci i dorosłych, miłośników cięższych tytułów jak i gier imprezowych. Naprawdę było w czym przebierać, a zainteresowanie grami było na tyle duże, że w godzinach szczytu trzeba było chwilkę odstać w kolejce by coś wypożyczyć. Na szczęście niezłomna obsługa wypożyczalni stanęła na wysokości zadania i przez cały czas trwania imprezy dzielnie broniła fortu.. to znaczy… wydawała i przyjmowała wypożyczane gry, nie tracą przy tym pogody ducha ani uśmiechu na twarzy, co – nie zaprzeczę – wzbudziło we mnie ogromny podziw, bo zadanie to nie należało do łatwych.

 

Wydanictwa

Poza samą wypożyczalnią, główną atrakcję dla odwiedzających stanowiły stoiska wydawnictw. Ci przybyli licznie na imprezę, prezentując swe nowe gry, a także oferując na sprzedaż gry z bieżącego asortymentu. Przechadzając się po antresoli Spodka w której odbywała się impreza w pierwszej kolejności natknąłem się na stanowisko Lacerty przy którym pracownica wydawnictwa, Agata tłumaczyła gry i obsługiwała stoisko sprzedaży. Dalej Hobbity prezentowały wielkoformatowy egzemplarz Celestii, który cieszył się dużym zainteresowanie zwłaszcza ze strony dzieci. Na stanowisku Vertimy/Phallanx można było przyjrzeć się m.in. takim tytułom jak My Little Scythe, Nanty Narking i Pomiędzy Dwoma Zamkami Króla Ludwika. W dwa ostatnie tytuły udało mi się zagrać, a swe wrażenia opiszę w dalszej części tekstu.

To jednak nie wszystko! Do swych stanowisk zapraszali licznych gości także przedstawiciele Lucrum Games, prezentując cały wachlarz lżejszych tytułów dla całej rodziny jak Amazonki, Motylki, Fikolo oraz grę która podbiła serca moich dzieci – Pingwin na Lodzie, której egzemplarz ostatecznie kupiliśmy, bo inaczej dzieci nie pozwoliły by mi wrócić do domu 😉 Naprzeciw stolików Lucrum zauważyłem także stoisko Games Factory, przy którym prezentowane były Dominion, Star Realms i inne gry z bieżącego katalogu wydawnictwa.

Sporą część pierwszego dnia spędziłem przy stanowisku Czacha Games, przy którym można było zagrać m.in. w Wojowników Midgardu z dodatkami Valhalla i Mroczne Góry, a także Keyflower z dodatkami Farmerzy oraz Kupcy. Chłopaki prezentowali także Projekt Manhattan, ale największą dla wielu odwiedzających stanowisko Czachy gratką był produkcyjny egzemplarz Klanów Kaledonii. Muszę przyznać, że również z zaciekawieniem przyglądałem się grze, jako tłumacz tej, jak i innych gier tego wydawcy. Frontman i właściciel wydawnictwa w jednej osobie – Przemek Kochowicz poinformował mnie z dumą, że już za kilka tygodni gra trafi do wszystkich wspierających, a niedługo potem także do sklepów.

Ramię w ramię ze stoiskiem Czacha Games znajdował się sklep Mr Meeple w którym Mateusz i jego ekipa sprzedawali swoje słynne koszulki dla geeków. Co prawda nie udało mi się wypatrzyć najnowszych wzorów, gdyż znajdują się one wciąż w produkcji, ale za to bieżący asortyment zauważalnie cieszył się (w pełni zasłużenie z resztą) ogromnym zainteresowaniem odwiedzających. Z tego powodu Mateusz co rusz odciągany był od stołu przy którym wspólnie ogrywaliśmy tytuły od różnych wydawców, ale docelowo udało się znaleźć czas na dokończenie rozgrywek jak i przeprowadzenie małego wywiadu… Ale więcej na ten temat pozwolę powiedzieć już samym chłopakom z Silesia on Board, gdy materiał będzie gotów.

Poza tym, podczas konwentu można było także pograć w Wyścig Odkrywców oraz nową wersję prototypu Strażników Xobos przy stanowisku Imagine Realm, gdzie prezentowano także prototyp nowej szybkiej gry karcianej Junk Tech, która obecnie ubiega się o finansowanie na platformie Wspieram.to (możecie ją wesprzeć, odwiedzając stronę kampanii). W tej samej okolicy prezentowano także prototyp wyglądającej imponująco gry Champions of Nexum of AFK Projekt a także Odyssey od Lupo Art Games. Ten ostatni to najnowsza gra Adama Kałuży wydana przy współpracy z ekipą Lupo Art Games. Tytuł ten jest lekko inspirowany zasadami gry memory, a w trakcie rozgrywki gracze poruszają swymi statkami kosmicznymi, podróżując pomiędzy przepięknie ilustrowanymi planetami, aby zebrać kolorowe znaczniki. O samej grze pisałem już w ubiegłym roku (artykuł możecie przeczytać TUTAJ), a już w październiku na blogu pojawi się również artykuł poświęcony grze w jej obecnym stadium rozwoju.

Swój debiut na konwencie miało także wydawnictwo Funiverse – nowy gracz na naszym rynku, który wszedł z poważnym kapitałem i świetnie wydanymi grami tj. Ilos, CIV: Carta Imperia Victoria, Paper Tales i oczywiście grą będącą na ustach wszystkich – nowym wydaniem gry Kemet wraz z dodatkami (w tym mającym mieć premierę na Essen dodatkiem Seth). Stanowisko przyciągało uwagę zarówno przypadkowych odwiedzających jak i wszelakiej maści przedstawicieli prasy planszówkowej. Mnie udało się zagrać jedynie w Ilos pod koniec konwentu, co opisałem w kilku słowach w dalszej części tekstu. W ostateczności, większość liczących się na rynku wydawnictw zawitała na imprezę, choć nie dało się nie zauważyć nieobecności Baldara, Rebela czy Portalu. Biorąc jednak pod uwagę sukces imprezy, wątpię aby popełnili oni ten błąd ponownie i zapewne wynajmą animatorów do prezentacji swych nowości za rok. Wszystko wskazuje bowiem na to, że Planszówki w Spodku są na dobrej drodze do stania się jedną z głównych imprez na planszówkowe mapie południowej Polski.

 

Pozostałe atrakcje

Program konwentu nie przewidywał co prawda żadnych wykładów czy prelekcji. Organizatorzy i tak mieli wystarczająco na głowie, by jeszcze myśleć o tworzeniu miejsca na tego typu aktywności, choć poza grami planszowymi nie zabrakło wielu atrakcji innego rodzaju, jak np. kącika gier RPG czy konkursu w postaci krzyżówki przy niektórych stołach z grami. Dla tych, którzy od zabawy w opowiadanie historii o chodzeniu po lochach preferują bardziej aktywne zajęcia istniała możliwość postrzelania do celu z pistoletów marki Nerfgun na stoisku Furii – centrum gier fabularnych i escape roomów z Dąbrowy Górniczej. W ramach organizowanej przez nich konkurencji strzeleckiej można było wygrać kupony na organizowane przez tę firmę gry strzeleckie lub wstęp do Escape Roomów. Stoisko Furii było atrakcją, która chyba najbardziej spodobała się mojemu synowi, który przez bardzo długi czas trenował, strzelając do celów w formie butelek ustawionych na drewnianym rusztowaniu. Co prawda nie udało mu się nic wygrać, ale zabawa spodobała mu się na tyle, że pewnie w przyszłości odwiedzimy Furię w Dąbrowie Górniczej aby wziąć udział w organizowanych przez nich zabawach.

Niezależnie jednak od tego, czy grając w planszówki czy próbując ustrzelić butelki za pomocą replik broni palnej, człowiek prędzej czy później zaczynało burczeć w brzuchu. Tu z pomocą przyszły dwa stoiska kulinarne, oferujące szeroki asortyment napojów, słodyczy, a także zimnych i ciepłych dań. Serwowane w nich jedzenie na ogół było smaczne, choć cenowo nie było zbyt kolorowo i na przyszłość można by pomyśleć o jakichś alternatywach, jak choćby Food Truckach przed halą, które przy tak licznej frekwencji na pewno nie mogłyby narzekać na utarg.

Na koniec, lecz nie ostatni, byli sami autorzy prototypów gier planszowych. Poza wspomnianymi już tytułami prezentowanymi przez wydawnictwa, można było także zobaczyć i zagrać w prototypy gier tj. Agility czy Czas Patriotów. Michał Meiser testował nowe zasady rozgrywki w Epic Naval Battles. Swoje pomysły prezentowali także Marcin Ropka i Viola Kijowska – autorzy Alien Artifacts oraz Solar City, którzy tym razem prezentowali kilka nowych pomysłów: gry The Kings, Port Gdański, Castello, Heart of Africa czy Gnomy. Jedne w bardziej, inne w mniej zaawansowanym stadium rozwoju.

 

W co grałem

Większość czasu spędziłem co prawda wędrując między stoiskami, rozmawiając z dawno nie widzianymi znajomymi czy wystawcami, a nawet natknąłem się na kilku czytelników niniejszego bloga, którzy zechcieli uścisnąć mi rękę i podyskutować o różnych tematach związanych z blogiem i nie tylko. Udało mi się jednak zasiąść do kilku gier prezentowanych podczas konwentu, więc bez dalszej zwłoki podzielę się wrażeniami z gier i prototypów, w które udało mi się zagrać!

 

The Kings

Pośród wielu prototypów, jakie prezentowali na konwencie Marcin Ropka i Viola Kijowska, jedna gra w szczególności przykuła moją uwagę, a jest nią The Kings – gra karciana oparta na silniku Alien Artifacts – poprzedniego tytułu autorstwa Marcina i Violi. Mając pełną swobodę kreatywną postanowili oni stworzyć kontynuację gry, która tym razem przenosi nas do średniowiecza, gdzie będzie nam dane wcielić się w role zarządców średniowiecznej warowni.  Akcja toczy się na przestrzeni kilku lat, a każdy rok składa się z serii tur graczy, wykonywanych w kolejności zgodnej z kierunkiem ruchu wskazówek zegara, dopóki nie wyczerpie się talia zasobów, które gracze dociągają na koniec własnej tury w oparciu o statystyki swych warowni.

Podczas gry będziemy rozwijali budynki w podzamczu, odkrywali nowe, nieznane tereny i zwiększali siłę militarną, niezbędną do pokonania napotkanych w dziczy bestii lub rywalizacji z pozostałymi graczami. Nie miałem dotąd okazji grać w Alien Artifacts, ale rozgrywka w The Kings pochłonęła mnie całkowicie. Gra przypomina mi Cywilizację Vlaady Chvatila pod tym względem, że pozyskane karty najpierw trafiają do nas w formie planów, na podstawie których zbudujemy dopiero docelowe jednostki, przeznaczając na ten cel posiadane zasoby z kart surowców. Rozbudowa własnej cytadeli daje też wiele możliwości obrania różnych ścieżek do zdobycia punktów, ponieważ każdy z budynków jakie możemy wybudować posiada inne rodzaje umiejętności, a te z kolei mogą wpłynąć na naszą strategię w trakcie gry.

The Kings jest wciąż na etapie wczesnych testów, aczkolwiek gra działa całkiem sprawnie, bazując na silniku Alien Artifacts i rozwija pewne koncepcje dalej niż było to możliwe w przypadku jej kosmicznej poprzedniczki. Na pewno będę jeszcze wracał na blogu do tego projektu, a także do innych prototypów Marcina i Violi, gdyż ich głowy pełne są interesujących pomysłów.

 

Gildie Londynu

Razem z Mateuszem z Silesia on Board postanowiliśmy zasiąść do tego tytułu, bo choć nie jest on nowością, żaden z nas jak dotąd nie miał okazji zagrać w Gildie Londynu. Sytuacja wyglądała nieco komicznie, bo przez dłuższą chwilę próbowaliśmy rozłożyć grę, czytając jednocześnie jej zasady. Na dodatek, sprawę komplikowała całkiem spora ilość kart akcji, których działanie rozpisano na dużej, dwustronnej karcie. Gdy już jednak udało nam się opanować zasady, rozgrywka okazała się o wiele prostsza i bardziej satysfakcjonująca, niż można się tego było spodziewać. Tytuł ten będziemy dodatkowo zgłębiać w nadchodzących tygodniach, aby móc opisać wrażenia z rozgrywki w formie recenzji, dzięki uprzejmości wydawnictwa Czacha Games, które podarowało nam grę.

 

Nanty Narking

Świat Dysku: Ankh-Morpork to gra legendarna, choć dużym elementem składowym tej legendy są astronomiczne sumy pieniędzy, jakie żąda się za egzemplarze tej gry na rynku wtórnym. Kilka lat temu bowiem, po śmierci Terry’ego Pratchett’a – autora świata w którym osadzona jest akcja gry – jego córka Rhianna odebrała licencję na wykorzystanie motywów Świata Dysku jej pierwotnemu autorowi, Martinowi Wallace’owi. Od tamtej pory dostępność gry jest – delikatnie mówiąc – ograniczona, a okazja do zakupu jednego z pojawiających się raz po raz egzemplarzy na wszelkiego rodzaju bazarkach wiąże się z koniecznością wzięcia kredytu lub rozstania się z jednym z organów, których posiadamy w ciele parzystą liczbę. Na szczęście wydawnictwo Phallanx wyszło naprzeciw popytowi rynku i postanowiło wydać nową wersję gry w odświeżonej szacie graficznej. Nanty Narking (bo taki nosi ona tytuł) przenosi nas więc w czasy wiktoriańskie, a zamiast po Ankh-Morpork, będziemy swych agentów rozsyłać po dzielnicach XIX-wiecznego Londynu. Mając okazję do zagrania w pełnym składzie zauważyłem, że w grze poza szatą graficzną i nazwami postaci na kartach, w grze nie zmieniło się prawie nic. Jedyną rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy było to, że o wiele łatwiej zbiera się pieniądze, gdyż większość kart na egzemplarzu demonstracyjnym zapewniała po 3 szylingi, co nie miało miejsca (o ile pamiętam) tak często w oryginalnej wersji gry. Nie wiem jednak, czy fakt ten jest inherentny dla egzemplarza demonstracyjnego, czy też jest to świadoma zmiana w nowej edycji gry, mająca przyspieszyć rozgrywkę poprzez zapewnienie łatwiejszego dostępu do gotówki.

Ogółem, w Nanty Narking grało się nam bardzo dobrze, a różnorodne modele figurek budynków jak i samych agentów sprawiały że gra przykuwała uwagę przechodniów, którzy przyglądali się naszej rozgrywce. Jedną rzeczą, którą ceniłem sobie w klasycznej wersji Świata Dysku, był nieodzowny humor zawarty w kartach, na których widniały ilustracje i opisy nawiązujące do wielu postaci z bogatego świata stworzonego przez brytyjskiego autora. Choć po jednej rozgrywce ciężko zarzucić Nanty Narking brak tego humoru, to jednak zmiana konwencji w jakiej utrzymana jest gra jest widoczny. Karty zdobią tu postaci znane z książek Charlesa Dickensa czy Arthura Conana Doyle’a i choć samo działanie kart nie uległo zmianie, od strony graficznej utrzymane są one w ciemniejszej tonacji, bardziej przywodzącej na myśl melancholijny klimat Oliwera Twista czy powieści o Sherlocku Holmesie, aniżeli wesołego stylu Świata Dysku. Muszę przyznać, że ciemne grafiki kart nie do końca mi się spodobały, aczkolwiek nie będę oceniał gry na podstawie egzemplarza demonstracyjnego, w nadziei na to, że grafiki zostaną jeszcze dopracowane nim gra trafi do sklepów. A gdy się już pojawi, z miłą chęcią dam jej kolejną szansę.

 

Pomiędzy Dwoma Zamkami Szalonego Króla Ludwika

Uff!… Tytuł, od którego można dostać skrętu języka. Zarówno gra jak i jej tytuł stanowią połączenie dwóch innych gier, mianowicie Between Two Cities oraz Zamków Szalonego Króla Ludwika. Co prawda nie grałem w pierwszą z nich, ale doskonale pamiętam tę drugą i tutaj ponownie przyjdzie nam rozbudowywać zamek o kolejne komnaty, aczkolwiek tym razem widziane z boku aniżeli od góry. Perspektywa ta sprawdza się moim zdaniem o wiele lepiej niż w oryginale, bowiem łatwiej jest budować kolejne kondygnacje zamku, zarówno te podziemne jak i naziemne, obserwując je z boku. Gra zawiera jednak pewien ciekawy twist, gdyż budować będziemy nie jeden, a dwa zamki, dokładając nowe kafelki do obu jednocześnie (ale uwaga, gracze po naszej prawej i lewej także będą się dokładać do naszych zamków), w efekcie czego każdy z zamków tworzony jest przy współpracy dwóch graczy, a ci zdobywają na koniec punkty za ten z zamków, za których budowę odpowiadali, który osiągnie niższy wynik punktowy. Przyznam, że gra wzbudziła moje zainteresowanie, łącząc elementy draftu kafelków znanego z 7 Cudów Świata z wyzwaniem jakim jest współdziałanie we wspólnym budowaniu zamków z uwzględnieniem wszystkich zależności występujących pomiędzy różnymi rodzajami komnat. Jedynym mankamentem, który dał mi się we znaki był niewielki rozmiar samych kafelków, który sprawiał mi trudności w odszyfrowywaniu mikroskopijnych ikonek, a tym samym utrudniał planowanie, bo nie sposób było dojrzeć z pozycji siedzącej co przedstawiają kafelki już ułożonych zamków, tworzące mozaikę kolorów, a przez to efektywnie planować strategię gry. Z tej samej przyczyny postanowiliśmy pominąć końcowe podliczanie punktów, gdyż sposób sumowania punktów jest w tej grze wyjątkowo czasochłonny, zwłaszcza przy problemach z widocznością oznaczeń na kaflach. Rozgrywkę tę postanowiliśmy potraktować po prostu jako zapoznanie z grą, ale mam nadzieję, że jeszcze do niej wrócimy (choć następnym razem wrócę do niej uzbrojony w lupę powiększającą – starość nie radość!).

Ilos

Ostatnią z gier, w jakie zagrałem podczas Planszówek w Spodku była jedna z nowości debiutującego na naszym rynku wydawnictwa Funiverse, a mianowicie gra Ilos. Byłem jej niezwykle ciekaw, ponieważ czytając wstępne komentarze, spotkałem się z opinią, jakoby Ilos było lżejszą wersją gry Archipelago. Nic bardziej mylnego. Jedyne podobieństwo obu tytułów sprowadza się do tego, że w obu grach tworzy się mapę archipelagu wysp, składającą się z sześciobocznych płytek terenu, a same wyspy produkują dla ich posiadaczy pewne rodzaje surowców. Na tym jednak podobieństwa się kończą.

W Ilos gracze wcielają się w kolonizatorów nowego świata, którzy wysyłali będą swoje statki w celu odkrywania i kolonizacji nowoodkrytych ziem. W trakcie gry, jej uczestnicy kolejno wykonują swe tury zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara. Podczas swej rundy, każdy gracz będzie zagrywać posiadane na ręce karty, które jednocześnie stanowią akcje, jak i walutę potrzebną do ich zagrania. W praktyce oznacza to, że chcąc zagrać daną kartę, będziemy musieli odrzucić pozostałe karty z ręki w ilości odpowiadającej liczbie wskazanej w górnym prawym rogu karty zagranej jako akcja. Dodatkowo, w przypadku niektórych kart musimy także spełnić warunek jakim jest posiadanie wskazanej na karcie liczby statków zacumowanych wzdłuż linii brzegowej danej wyspy, na której planujemy wykonać akcję.

Mały, kafelkowy archipelag

Ilos nie jest skomplikowaną grą, ale to powiedziawszy, zapewnia ona wciąż odpowiednią dawkę emocji, aby spodobać się zarówno młodszym graczom, jak i ich rodzicom podczas wspólnych, rodzinnych rozgrywek. Tytuł ten przede wszystkim postrzegam bowiem jako grę rodzinną, ale ze względu na stosunkowo niedługi czas rozgrywki, można do niej zasiąść jako do pierwszego lub ostatniego tytułu danego wieczoru z grupą znajomych. Starsi gracze mogą docenić negatywną interakcję płynącą z możliwości podbierania surowców poprzez kolonizację i wystawianie naszych pracowników na wyspach wcześniej odkrytych przez innych graczy, jeśli w porę przemieści się tam swój okręt. Ilos bardzo przypadł mi pod tym kątem do gustu. Gra nie jest skomplikowana, ale jej mocną stroną są ładne wydanie, zarówno pod względem wizualnym jak i jakościowym, a także regrywalność i mobilność, gdyż sama gra nie zajmuje dużo miejsca i mieści się w pudełku niewiele większym, niż to z gry Carcassonne. Z miłą chęcią powrócę do tego tytułu, jeśli nadarzy się ku temu okazja w przyszłości 🙂

 

Wielki sukces

Jestem pod ogromnym wrażeniem sprawności z jaką przeprowadzono całe wydarzenie, jakim były Planszówki w Spodku. Nikt bowiem nie spodziewał się, że impreza spotka się z tak dużym zainteresowaniem ze strony odwiedzających, co było zaskoczeniem dla wszystkich łącznie z jej organizatorami. Ci jednak stanęli na wysokości zadania. Co rusz widać było ochotników w zielonych koszulkach, którzy tłumaczyli gry, pomagali w organizacji stołów i grup osób grających, a w związku z tym, gdzie by nie spojrzeć, widać było uśmiechnięte twarze grających. Sami wystawcy, z tego co się od nich dowiedziałem także bardzo pozytywnie oceniają imprezę. Wielu z nich wyprzedało się całkowicie z przygotowanego na ten weekend asortymentu, ale nie ma się w sumie czemu dziwić, bo ceny większości oferowanych przez nich gier były bardzo atrakcyjne jak na konwent, a ogólna radosna atmosfera oraz możliwość przetestowana gier na stoiskach wydawców na pewno stanowiły dla wielu odpowiednią motywację do zakupu. Poza samymi wydawcami, pieniążki drogą wymiany można było także zamienić na gry przy stoisku sklepu Mepel.pl, w którym można było nabyć wiele różnych gier i akcesoriów.

Podsumowując, Planszówki w Spodku weszły z wielkim przytupem na mapę imprez z grami planszowymi w tej części kraju. Po tak udanych dwóch dniach nie sposób wyobrazić sobie aby impreza ta nie doczekała się kolejnej edycji. Raz jeszcze dziękuję całej ekipie stojącej za organizacją imprezy. Spisaliście się na medal zapewniając mnie, a także ponad 2300 innych osób niezapomniane wrażenia. Te dwa dni wypełnione grami długo pozostaną w mojej pamięci i już dziś rozpoczynam odliczanie dni do następnej edycji. Do zobaczenia!

 


 

W niniejszym artykule wykorzystano zdjęcia własne oraz te, nadesłane przez p. Dawida Madejskiego, p. Patrycję Frejno i p. Krzysztofa Pietrzykowskiego. Wszystkim fotografom dziękuję za pomoc i udostępnienie zdjęć. 

 


Jeśli podoba się Wam ten blog i chcielibyście być na bieżąco albo zerknąć za kulisy powstawania artykułów, polubcie moją stronę na Facebooku.

  • Agnes Bogoosh

    Funiverse to chyba też rewelacyjna gra Little Big Fish, prawda? Warta, bardzo warta uwagi! I pięknie wydana.

    • Dokładnie tak. Jeśli nadarzy się okazja, oczywiście przyjrzę się tytułom tego wydawnictwa bliżej 😉